7 kilometrów w pół godziny to już historia. Sądzę, że w najbliższym czasie to się nie powtórzy :)
Dzisiejszy poranek...
Obudziłam się o 8. To dość wcześnie jak na niedzielę, pomyślałam więc, że poleżę jeszcze chwilę i zatopie się marzeniach albo pomyślę o niczym (uwielbiam to zajęcie ;))... wtedy właśnie zaczęły docierać do mnie sygnały z rónych części mojego ciała. Najpierw zakwasy w udach, potem zesztywniały kręgosłup, wreszcie lewa stopa z bąblem na palcu i na koniec dziura w prawej stopie- moja stara znajoma... Wszystko jasnę- więc 25km przez góry i piachy to nie był sen!! :)
Wesoła 100 to niełatwe wyzwanie. Jak podjęłam decyzję, że chcę biec, nie zdawałam sobie sprawy z tego co mnie czeka. Stówa w nazwie nie wyostrzyła mojej czujności i cały czas wydawało mi się, że będzie to miła przebieżka po przepięknych lasach Starej Miłosnej. W sumie wszystko oprócz "przebieżka" się zgadza. Miło było ogromnie w towarzystkie Izy, Kazi i Ani; lasy bezspornie są cudne; natomiast 5- kilometrowe kółku- trasa zawodów- to walka o życie. Piach po kolana, górki i dołki, ostre zakręty, które niejednego biegacza wywiodły poza trasę ;) Jednym słowem survival!!!
Na szczęscie nie byłam sama; obecność i wsparcie dziewczyn były dla mnie bardzo ważne. Walczyłyśmy z trudnościami razem i to sprawiło, że mimo przeciwności bawiłam się świetnie :) Pomiędzy kolejnymi startami odbywały się pogaduszki, konsumpcja bananów, drożdzówek, zupek Knora i dużej ilości płynów. Nastrój iście piknikowy!
Biegłam 2 razy 10 kilometrów i raz 5. Pierwszy raz w życiu zmagałam się z takim terenem. Przebiegnięcie dwóch okrążeń daje dużo satysfakcji, ale jest baaardzo męczące. Druga dycha konkretnie dała mi w kość i nawet dwie godziny regeneracji nie wystarczyła by wrócić do formy. Ostatnią piątkę biegłam na chwiejących się nogach z jedna myślą w głowie - to już ostatnie kilometry!!!
A na mecie jak zwykle radość! Ach, co za szczęście! I oczywiście rozpierająca pierś duma, że udało się. Mam 25 kilometrów w nogach i żyję! :) Mało tego: Ja chce jeszcze raz!!! :)
Niestety nie mogłam zostać z dziewczynami do końca, ale dotarły do mnie wieści o męstwie Kazi (czy też kobiecej solidarności, jak to powiedziała Kazia). Ona przebiegła tego dnia 35km!!!! Jesteś wielka Kaziu!!!! :)
Dziewczyny ślę Wam uściski. Dzięki!! :)
Po półmaratonie przycichłam, ale teraz postanowiłam ze zdwojoną siłą powrócić. Przygotowania do maratonu czas zacząć, więc jestem :)
Po zmaganiach marcowych większość Dziewczyn wpadła w wir biegania, a nawet jeżeli nie wpadła i wcale nie w wir, to bieganie stało się elementem ich życia. Mam rację? :) Ja niestety wpadłam w zupełnie inny wir; sprawy dnia codzienno- pracowego odebrały mi przyjemność regularnego biegania. Do tego dołączyła się alergia, która w tym roku postanowiła po raz pierwszy w życiu mnie nawiedzić i tak oto minęło 6 tygodni. Bardzo brakowało mi ruchu i wycieczek do parku, ale czas tak szybko mija, że gdyby nie spostrzeżenie Michaliny, nie zorientowałabym się, że półmaraton to juz historia sprzed półtora miesiąca!!!! Tak czy siak, dzięki dziewczynom z Teamu i mojemu dzielnemu Kompanowi biegowemu znowu biegam i mogę z czystym sumieneim i wielką przyjemnością powrócić do opisywania na tymże blogu zmagań i przygotowań do 42 km :)
We czwartek biegaliśmy po raz pierwszy po przerwie. Stało się coś na co długo czekałam- udało mi się przyspieszyć. 7 kilometrów przebiegłam w pół godziny!! Już drugi raz okazuje się, że brak treningów bardzo dobrze mi robi!! ;)
Jutro po pracy znów pędzę do parku :)
Ach jak dobrze znów tu być.... :)
To była niedziela. Słońce chowało się za chmurami, po Krakowskim Przedmieściu hulał wiatr, a ja szykowałam się do startu. Była przy mnie Iza, potem pozostałe dziewczyny z Teamu. Ostatnia toaleta, przypięcie numeru, jeszcze łyk PowerRade i wejście w tłum. Gdzie by się tu ustawić.... miałam biec z Izą, ale niestety zgubiłysmy się w morzu ludzi. Wpadłam za to na Kasię Ż. i to bylo od początku, i jak się okazało później, do samego końca bardzo szczęśliwe dla mnie spotkanie!! :) Dzięki Kasi przebiegłam ten dystans i dzięki niej mam taki wynik. DZIĘKI Ci Kasiu. Bez Ciebie padłabym po drodze.... bo nie było łatwo....
Pierwsze 10km poszło szybciutko i bez większego zmęczenia. Biegłysmy równym tempem, uśmiechnięte i zagadane. Ja jeszcze do tego zachwycona, jak te kilometry niezauważalnie znikają za nami.... Niestety na 11 kilometrze mój zachwyt prysł i pojawił się kryzys, który trwał się do 17 :( Trasa od mostu Świętokrzyskiego do tunelu to były istne tortury. Kondycyjnie nie miałam wielkiego problemu. Cały czas biegłyśmy z Kasią w tempie, ale w mojej głowie działy się rzeczy straszne ;) Nagle dotarło do mnie, że przede mną jeszcze 10km, a ja już nie mam siły. I że kolejna godzina biegu to dla mnie za dużo. I w ogóle po co ja to robie.... i różne tego typu myśli na zmianę z walecznymi głosami, że dam radę, że już coraz bliżej, że przecież nie mogę zrezygnować w połowie, kołatały się po mojej głowie. Istna bitwa! Ale na szczęście obok mnie była Kasia- wciąż uśmiechnięta i świeża. Mówiąca: dasz radę, chodź, chodź.... To mnie uratowało. Kryzys skończył się na podbiegu, za tunelem. Wtedy dotarło do mnie, że jesteśmy juz bardzo blisko mety. Zmobilizowałam zapasy energii i trochę przyspieszyłam. Biegnąć przy sądach widziałam już biegaczy, którzy ukończyli bieg i to dodało mi skrzydeł. A kiedy skręciłam w Krakowskie Przedmieście i zobaczyłam z daleka czerwone cyfry na zegarze Timexa, zaczęłam przyspieszać i biec coraz szybciej. Musze nieskromnie napisać, że finisz miałam świetny. Z tej części biegu jestem najbardziej zadowolona. Biegłam na maksa i nawet przez chwilę bałam sie, że nie wyhamuję na mecie :) To było cudowne uczucie. I chwilę potem meta, medal, folia na plecy, rodzina, buziaki i gratulacje.... Czułam się jak Zwyciężczyni, jedna z 5 tysięcy pozostałych! Bo tego dnia wszyscy, którzy dobiegli byli zwycięzcami :) Piękne!
Następny biegowy przystanek- maraton! Już na jesieni :)
Został już tylko jeden dzień do startu!!! O rety! Nie sądziłam, że będę to aż tak przeżywać. Wciąż myślę o biegu i rozpatruję różne scenariusze zdarzeń. Ale właściwie co może się wydarzyć? W ostateczności w 4 godzinach raczej się zmieszczę :)
Dziewczyny (Kasiu Ż., Nat, Ef i Dziewczyny Teamowe!), dzięki za wsparcie, słowa otuchy i kciuki! Od razu mi lepiej. Dziura w nodze już prawie się zagoiła i czuję się dobrze. Wczoraj zrobiłam sobie próbną przebieżkę, żeby sprawdzić czy nie poleje się krew ;) I nie polała się!! Noga nadaje się na półmaraton. :) Pozostaje tylko pytanie czy kondycyjnie dam radę.... Nie mogę wciąż podjąć decyzji czy biec z Gallowayem czy samej wyznaczać sobie rytm... Ach, tyle pytań się pojawia, a czasu coraz mniej! :)
W tym tygodniu pojawiło sie jeszcze jedno pytanie: "Co będzie po półmaratonie? Pobiegniesz cały czy koniec z bieganiem?" No właśnie...
Oczywiście, że pobiegnę CAŁY!!! :)
Półmaraton coraz bliżej.... Nadchodzi wielkimi krokami, a ja nie mogę trenować!!! Już drugi tydzień goi mi się rana na stopie i z tego powodu jestem totalnie uziemiona. Pierwszy raz w życiu spotkało mnie coś takiego i powiem Wam szczerze, że to jest koszmar. Chciałoby się pobiegać, organizm wręcz się tego domaga, a tu nie można... Rana z początku niewinna stała się głęboką dziurą, nie chcącą się wyleczyć mimo różnych specyfików mających przyspieszyć proces gojenia! :(
Pozostało mi 5 dni i boję o to, co będzie 29 marca... W środę planuję pobiegać i zobaczyć jak tam moja zaniedbana kondycja i czy z nogą już wszystko w porządku. Oby okazało się, że tak.
Żeby nie odzwyczajać mojego organizmu zupełnie od regularnego wysiłku i zmagań, jeźdze sporo na rowerze. Wiem, że to nie to samo co bieganie, ale przynajmniej noga nie jest narażona i może się spokojnie goić, a kondycja się wzmacnia :)
Z dobrych wieści- zapisałam się w końcu do rywalizaji ona vs. on. Sprzęt już mam, wolę walki też, w środę doładuję kilometry na konto dziewczyn.
Mam nadzieję Dziewczyny, że pokażemy klasę! :)
Miesiąc minął i przyszła pora na kolejną dychę na Kabatach. Było zupełnie inaczej niż zeszłym razem i to niemal pod każdym względem.
Ostatnio przymulało nas wiosenne słonko, tym razem mobilizował nas zimowy chłód, a na głowy spadały nam przez chwilę drobne płatki śniegu. Na starcie ludzi było chyba trochę mniej, ale być może to tylko moje złudzenie. Izie nie było już smutno, że jest sama, bo miała swojego kochanego Zająca ;) Ania i Michalina biegły z nami na 10km, a nie na 5. Ja za to biegłam z mp3, której wtedy zapomniałam i pobiłam mój rekord!!! :)
Poprawiłam czas o 4 minuty, co znaczy, że przebiegłam dychę w 55 minut!!! HURA!! Mimo, że ostatnio prawie w ogóle nie trenowałam, zrobiłam postępy.... hm... ale chyba nie będę się przywiązywała do tej zasady i posłucham Michaliny, która powiedziała dzisiaj do mnie: "na bieganie najlepsze jest bieganie". Trzymając się tego, w poniedzialek spróbuję zrobić 14km.
Wracając jeszcze do dzisiejszych zawodów... przed startem byłam bardzo niespokojna. Ponieważ tak mało biegałam ostatnimi czasy, bałam się, że nie dam rady. Oczywiście jak to ja, miałam wizję, że nie dobiegnę do mety, że wymiękne przy pierwszym kryzysie itp. Na szczęście pojawiła się Kasia Ż. - moja duchowa partnerka biegowa - i powiedziała tuż przed startem: "Przecież wiesz, że dasz radę!!" Uśmiechnęła się, a ja poczułam natychmiastowy przypływ energii i wolę walki. Dzięki Kasiu!!! :)
Ruszyłyśmy/liśmy.... :) Początek był trudny, bo tłoczny. Potem każdy znalazl swoje tempo i było już dobrze. Właśnie, tempo.... biegłam szybciej niż zwykle. Czułam, że nie jest to prędkość, w której czuję się pewnie i bezpiecznie, ale biegłam dalej. Goniłam na początku Izę i Kasię. Potem złapałam innego Zajączka i całą trasę biegłam w jego rytmie.
Kryzysów było kilka, z czego 2 bardzo poważne. Pierwszy - jak zobaczyłam na drzewie tabliczkę: 5km, przeraziłam się, że to dopiero połowa. Miałam wrażenie, że zupełnie nie mam już siły i że drugie tyle trasy jest ponad moje możliwość. Psychika zaczęłam mi już zupełnie siadać, kiedy nagle obudził mnie Michael Jackson :) Jednak mp3 to świetny wynalazek :) Jeszcze chwilę szacowałam trasę, która była przede mną, a potem ruszyłam w rytmie "Blame It On The Boogie" :)
Drugi kryzys dopadł mnie na (mniej więcej) 7 kilometrze. Bardzo mi się dłużyło. Cały czas czułam, że biegna bardzo szybko jak na siebie i ponieważ byłam znużona, zaczęłam myśleć... :) że to bez sensu, że tak szybko biegnę, że już teraz to na pewno nie dobiegnę do mety i że muszę się zatrzymać, bo juz nie mogę... jednocześnie mój waleczny głos krzyczał, żebym nie marudziła, tylko dała z siebie wszystko, bo przecież to się musi zaraz skończyć ;) I rzeczywiście, chwilę potem zobaczyłam tabliczkę 8km :) Co za radość!! Nagle okazało się, że mam jeszcze sporo energii i tak, jak ostatnio zaczęłam przyspieszać. Na ostatnich metrach, gdy widziałam już metę, dałam z siebie wszystko. Byłam gotowa paść na mecie, ale koncówkę musiałam pobiec na maksa. Wyprzedziłam parę osób, co oczywiście dodało mi wiatru w skrzydła (ach ta nutka rywalizacji) i w końcu dobiegłam!!!
Co za radość! Co za szczęście!! 55minut (na moim zegarku, zobaczymy jakie będą wyniki oficjalne)!!! Dla tego uczucia warto męczyć się przez 10km! :)
Witam serdecznie!!!! :)
Wróciłam i już spieszę donieść co u mnie słychać :) Otóż, tak jak wspominałam, byłam na nartach we Włoszech. W odróżnieniu do ostatniego razu, pogoda dopisała. Było mroźnie, ale słonecznie. Przyjechałam więc z ogorzałym i opalonym licem :) Niestety nie mieszkałam w miasteczku w pobliżu górskich serpentyn, po których w styczniu z wielkim upodobaniem biegałam. Mieszkaliśmy w pobliżu lesu, a po lesie boję się sama biegać. :( W związku z tym trening stał w miejscu. Starałam się jednak zastępować go jakoś i na przyklad zjażdzałam na nartach po czarnej trasie, żeby popracować nad siłą w nogach; wieczorami skakalam na aurobiku, który rozwija wydolność (taką mam w każdym razie nadzieję ;)). Na brak ruchu nie cierpialam, ale butów biegowych z torby nie wyciągnęłam ani razu.
Kolejnym punktem na mojej trasie była Wenecja. Ostatnie 4 dni Karnawału!!! Nie będę tu opisywała przeżyć z tym związanych, toć przecież blog biegowy. Moge tylko napisać, że było niesamowicie!!! Zabytki, kanały, słońce, kolorowy rozbawiony tłum, wytworne stroje, maski, muzyka, imprezy i cudowni ludzie.... wrażeń moc :) Ale skoro o bieganiu, to pochwalę się, że po Wenecji biegałam :) Wybrałam się raz na poranną przebieżkę wzdłuż wybrzeża Giudecci. Nie wiem ile przebiegłam, nawet nie wiem za bardzo jak długo biegłam. Widoki i atmosfera miasta pochłonęły mnie zupełnie. Biegłam czując na twarzy bryzę i kropelki wody rozbijających się o... chodnik fal :) Mimo tygodniowej przerwy biegło mi się bardzo dobrze. Jedyne co mi przeszkadzało to buty, które potwornie mnie obcierały. Starając się nie zwracac na to uwagi, przebiegłam spory dystans i czułam jak mój organizm budzi się i na nowo przyzwyczaja do biegowego wysiłku.
Z Wenecji pojechałam do Krakowa i tam znowu, tak jak we Włoszech, moje buty biegowe przeleżały w walizce. Za to jak wróciłam do Warszawy, od razu ruszyłam do boju i w niedzielę przebiegłam sobie 7km w Parku Skaryszewskim. Powróciłam do starych przyzwyczajeń: rowerek, pare kółek po parku i z powrotem rowerek. Ach, jak cudownie!! Na świecie zapanowała wiosna i słonko przemiło raziło mnie w oczy. Wszystko budziło się do życia. Dopiero po tym biegu poczułam jak bardzo mój organizm tęsknił za takim wysiłkiem. Biegło mi się bardzo lekko- podobno to efekt świeżości czy jakoś tak. :) W każdym razie, po tej dwutygodniowej przerwie (przebieżki w Wenecji nie liczę!) miałam dużo energii i czułam się świetnie. No może poza stopami.... Na szczęście okazało się, że w Fundacji czekają na mnie nowe buty! :) Ach, co za radość. Odebrałam je w poniedziałek i oczywiście tego samego dnia wieczorem postanowiłam je przetestować. Są CUDOWNE. Idealnie wygodne, miekkie i do tego barrdzo ładne :) Zupełnie nowa jakość. Moje stopy maja teraz komfort i z żadnym miejscu nie tworzą się rany. Jest pięknie! :)
A za oknem pachnie wiosną....
Mam nadzieję, że spotkamy się w sobotę na Kabatach. Nie wiem czy pobije mój ostatni wynik na dychę, ale chcę się zmierzyć z kabackim błotem! A Wy? :)